O fikcji i policjantach PDF Drukuj Email
Wpisany przez Tomek   
sobota, 10 czerwca 2017 13:12

O fikcji i policjantach

„Załóżmy, że przyjmiemy tych siedem tysięcy uchodźców i wśrod nich jest jeden zamachowiec i wysadza w powietrze 10 Polaków ale w tym samym czasie uratowaliśmy życie tych 6999, którzy przeżyli” - powiedziała to Anna Pamuła z Gazety Wyborczej. Gazety, która wraz z innymi pokrewnymi jej mediami od tygodni trzęsie się z oburzenia nad śmiercią Igora Stachowiaka na komisariacie policji we Wrocławiu. To zestawienie: śmierć 10 Polaków, zupełnie nieistotna, a jeden to już afera. Ktoś powie, że to rozgrywka polityczna i będzie mieć rację. Tyle, że od głównej tuby opozycji wymaga się czegoś więcej, odrobiny inteligencji i taktu, a tego zabrakło. Jednak  najważniejsze pozostało ukryte w tle.


Wszystkie podatki są złe ale niektóre konieczne, bo państwo musi jakoś funkcjonować, zwłaszcza policja, wojsko i cały tzw. system sprawiedliwości. Rzecz w tym, że musi to funkcjonować dobrze, a nie tylko na niby, jako odskocznia do innych geszeftów. Hipokryzja GW jest tym większa, że jakoś nie zauważała wcześniej pobicia przez policję we Wrocławiu reżysera Grzegorza Brauna czy w Warszawie posła Wiplera. Wtedy to było OK bo obaj nie byli z jej bajki. Nie rozlewano łez nad pobiciem dziesiątków innych „zwykłych” ludzi.
Policja musi być zdecydowana, skuteczna a nawet brutalna ale jednocześnie musi działać zgodnie z prawem i w stosunku do przestępców. Aby tak było należy do policji przyjmować właściwych ludzi, odpowiednio ich szkolić i kontrolować. Tymczasem jest coś innego. Oto telewizje emitują paradokumentalne programy kryminalne z odziałem policjantek i policjantów, w tym z Wrocławia właśnie, którzy za wszelką cenę upodobnić się chcą do Dona Johnsona, Clinta Eastwooda czy innych gwiazd ekranu. Różnica jest taka, że w produkcjach amerykańskich występują aktorzy grający policjantów a w polskich policjanci udających aktorów. To pokazuje, czym żyje środowisko. Nie tym, by stać na straży prawa i porządku ale by wypromować się, jeżeli już nie na gwiazdę, to przynajmniej na celebrytę. Co gorsza, zaciera się różnica między światem rzeczywistym a filmowej fikcji, więc jest jak jest. I o to można mieć pretensje do ministra Błaszczaka. Bo, co prawda, nie on pierwszy doprowadził do degrengolady w policji, ale on ten stan toleruje. A to musi się zmienić.


Socjalizm all inclusive

Wszyscy korzystający z biur podróży wiedzą, co oznacza all inclusive. To forma zawierająca w opłacie wszystko, czyli pełne wyżywienie, napoje (w tym alkoholowe) niemal bez ograniczenia. Takie wyjazdy są znacznie droższe ale z tych wymienionych wyżej powodów dla wielu atrakcyjne. Musi to być korzystne dla organizatorów, bo przecież nie robią tego pro bono. Musi w tym być haczyk i jest. Owo nieograniczone jedzenie i picie ma swoje ograniczenie w czasie i miejscu. Np. poza hotelem już nie obowiązuje. Jeśli wczasowicz zechce spędzić czas gdzie indziej, musi zapłacić dodatkowo. Jest to więc niejako przywiązanie do miejsca co już niekoniecznie musi być korzystne. No, ale skoro się zapłaciło i można korzystać, wielu godzi się na takie ograniczenie wolności.
To tak jak z socjalizmem. Niby wszystko za darmo, ale za wszystko się płaci tylko inaczej, no i komfort też bywa różny. Socjalizm szwedzki różni się pod tym względem od, dajmy na to, siermiężnego w demoludach, ale z wyjazdami też bywa różnie. Niby oświata za darmo, ale jak się chce czegoś nauczyć ważnego, trzeba dodatkowo chodzić na kursy albo brać korepetycje, o służbie zdrowia nie wspominając. W obydwu przypadkach mamy do czynienia ze złudzeniem, życiem w warunkach nienaturalnych z tą różnicą, że wczasy all inclussive trwają najwyżej kilka tygodni a socjalizm kilka pokoleń i jeszcze się odradza w różnych formach i pod różnymi nazwami.
No i socjalizm degeneruje ludzi – społeczeństwa i narody, wystarczy spojrzeć na tzw. zachód. Wystarczyło kilkadziesiąt lat aby tamtejsze społeczeństwa zatraciły poczucie wartości, prawdy, piękna, świadomości narodowej, własnej tradycji i kultury. Niebezpieczeństwo polega na tym, że w świadomości społecznej Zachód kojarzy się z dobrobytem, kapitalizmem i wolnością gospodarczą ale to tylko złudzenie. Poziom życia obniża się stale, wolność owszem ale w ramach polit-poprawności, a przedsiębiorczość jednostkowa przegrywa z korporacjami. Ten proces  trwa już czas jakiś i oni usiłują go nam narzucić. Z deszczu socjalizmu sowieckiego wpadliśmy pod rynnę unijno-europejskiego. Trzeba mieć tego świadomość. Nikt nam niczego nie dal za darmo, ani Związek Radziecki, ani Unia. W tym ostatnim przypadku wmawiają nam jakie dobrodziejstwa na nas spłynęły. Owszem, dostajemy dopłaty i różne dotacje ale za nie płacimy i płacić będziemy. A wcześniej zapłaciliśmy otwierając przed nimi rynek. A bilans zysków i strat niekoniecznie musi wypadać korzystnie.
Zakończę optymistycznie. W Nysie od lat przed sesją puszczany jest fragment hymnu zwrotka i refren. Już przy trzecim odtworzenie radni zaczęli razem śpiewać. Raz, gdy sprzęt nawalił zaśpiewali go sami. Ucieszył bym się gdyby tak było we wszystkich urzędach zaczynając od
Kłodzka.

Kultura alias chałtura

Niedawno, pisałem o kulturze, a ściślej – państwowej kulturze, czyli takiej, która jest sponsorowana przez państwo, ale powtarzania nigdy dość: kultura państwowa to z jednej (państwowej) strony narzędzie propagandy, a z drugiej (tzw. twórców, animatorów, artystów) to skok na kasę, czyli juma. Reszta to chałtura. Jako, że co chwila życie przynosi potwierdzenie tej tezy, a mimo to treść ta z trudem przebija się do świadomości.
Ktoś powie: sam pan pisał, że poważne państwa mają skuteczną propagandę, i że jest ona narzędziem uprawiania polityki, takim samym, a nawet skuteczniejszym od wojska. To prawda, tyle że państwa poważne mają doktrynę, czyli cele istnienia, a więc misja, czy rację stanu, a propaganda jest narzędziem jej realizacji. Najlepszym przykładem jest Wielka Brytania, której imperialna doktryna datuje się na rządy Elżbiety I, twórcą był John Dee, a jednym z najbardziej rozpoznawanych propagandzistów – William Shakespeare. Jeżeli pod tym kątem spojrzymy na dzieła tego dość mitycznego dramaturga, ich treść objawi się w innym świetle. Mamy więc państwo, doktrynę, propagandę i propagandzistów na odpowiednim poziomie oraz tzw. target, czyli docelową grupę ludzi, do których są kierowane treści.
W naszej historii mieliśmy skutecznych propagandzistów, nawet wtedy, kiedy nie było państwa. Np. Sienkiewicz uprawiał propagandę „ku pokrzepieniu serc” w treści tradycyjno-narodową, a z kolei Żeromski propagował treści socjalistyczne, podważające tradycyjne wartości, przy czym ten pierwszy dostał Nobla, a ten drugi o Nobla tylko się otarł. No ale wtedy lewica nie miała tak silnej pozycji jaki dziś. Za to w dłuższym okresie propaganda lewicowa okazała się skuteczniejsza tworząc w podświadomości wielu ludzi obraz złego kapitalisty, ziemianina itd. Obraz żywy do dziś wbrew faktom a nawet relacjom samych guru ruchu rewolucyjnego. Np. taki Andrzej Notkowski, biograf Waryńskiego, tego co miał „dziąsła przeżarte szkorbutem a płuca wyplute i martwe” pisał, że kapitalista w Królestwie Polskim musiał, prócz wypłaty, dać robotnikowi mieszkanie i opał na zimę, czyli więcej, niż dziś daje opieka społeczna.
Ale wróćmy do tematu. Obecna Polska nie ma doktryny, propagandzistów na odpowiednim poziomie, jest za to tzw. kultura narzędzie do skoku na kasę dla różnych kast, gangów i koterii. Widać to niemal przy każdej okazji, ostatnio „w temacie” Festiwalu Polskiej Piosenki w Opolu. Kiedy powstawał był przekazem na rzecz polskości Opola (na Opolszczyźnie żyje największe skupisko Niemców) ale dziś już to tylko przedmiot jumy. Informacja, że festiwalu nie będzie była w pierwszej chwili optymistyczna, ale z drugiej pesymistyczna, gdy okazało się, że festiwal zostanie przeniesiony do Kielc. Państwowa telewizja musi zmarnować pieniądze podatników i jakby tego było mało, woła, że jest biedna i potrzeba wpływów z abonamentu. Ale co gorsza, państwowy mecenat niszczy, będąc konkurencją handicapową, autentyczne, oddolne i prywatne teatry, festiwale i różne inne inicjatywy, które potrafią odbywać się bez subwencji.

Nie tylko dla mężczyzn

Charakterystycznym znakiem współczesności jest kult młodości. Jego elementem jest tężyzna fizyczna, a ściślej – sprawność seksualna. To poważny problem, bo z jednej strony zwykła rzecz związana z wiekiem oraz trybem życia, często nerwowym, a z drugiej nacisk kulturowy. Przyczyn pogarszania się owej sprawności jest więcej, lecz nie zmienia to faktu. Zachodnia medycyna proponuje środki farmakologiczne, które owszem, działają przez krotki czas, ale mają wiele skutków ubocznych od bólów i zawrotów głowy poczynając a na głuchocie i zawale serca kończąc.
Inaczej problem postrzega tradycyjna medycyna chińska, gdzie sprawność seksualna to element formy organizmu, na którą wpływa życiodajna energia chi. Nie brak tu afrodyzjaków a jednym z nich jest grzybek gąsienicowy yartsa gunbu. Rośnie on w Himalajach  na wysokości ok. 4000 m n.p.m. Skąd ta nazwa? Stąd, że zarodniki grzybka atakują gąsienice ciem, które zakopują się w ziemi na zimę aby wiosną ożyć i stać się pokarmem i kokonem dla grzybka, wielkość którego rzadko przekracza 5 cm. Grzybek ukorzenia w glebie, stąd trudność w jego zbieraniu. Wymaga to dobrego wzroku i nie tylko, gdyż zbiera się go na kolanach i do tego w okresie maj-czerwie, dlatego w prowincji ogłasza się ferie aby dzieci mogły zająć się zbiorem. Dla Tybetu to ważna gałąź gospodarki. Zyski ze sprzedaży grzybka w 2015 r. wyniosły 1,2 mld $ i stanowią połowę wpływów z turystyki.
Grzybek, zwany też viagrą z Himalajów, jest silnym afrodyzjakiem. Ze względu na skład ma on właściwości wzmacniające. Podobno sportowcy chińscy stosują krew z żółwia, żeń-szeń oraz tonik z yartsa gunbu jako środek dopingujący.
Inną „viagrą z Himalajów” jest drzewo moringa, z powodu smaku korzenia zwane też drzewem chrzanowym. Rośnie u podnóża Himalajów i wykorzystywane jest w całości. Z liści, kory i kwiatów wyrabia się leki, z ziarna olej, a reszta służy jako biomasa do produkcji energii. Z powodu wyjątkowego składu witamin i minerałów wielokrotnie większego niż w innych produktach i roślinach, ma szczególne właściwości, z których najważniejszą jest spowolnienie procesów starzenia. Z tego powodu moringa zwana jest też drzewem długowieczności.
Przenieśmy się teraz z Azji do Ameryki Południowej, a dokładnie w Andy, gdzie na wysokości 3300-4500 m n.p.m. rośnie bylina – korzeń maca zwana też „viagrą Inków” lub peruwiańskim żeń-szeniem, czy trawą pieprzową. Ona także spowalnia proces starzenia, a dodatkowo wzmacnia odporność związaną ze stresem, energetyzuje, wspomaga układ hormonalny i wzmacniające libido.
Ale pamiętajmy: nie ma cudownego leku na wszystko. Także w naszych warunkach jest wiele środków i sposobów wzmocnienia organizmu, o czym sporo na stronie Akademii Długowieczności.

Jan Pokrywka

 
Valid XHTML & CSS - Design by ah-68 - Copyright © 2007 by Firma

Polityka prywatności Serwis używa cookies m. in. w celach gromadzenia statystyk oraz prawidłowego funkcjonowania serwisu. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień Twojej przeglądarki oznacza, że ciasteczka będą zapisywane w Twoim urządzeniu końcowym. Pamiętaj, że zawsze możesz zmienić te ustawienia.Aby dowiedzieć się więcej na temat plików cookie jakie używamy oraz jak je usunąć, zobacz naszą politykę prywatnosci.

Akceptuję ciasteczka z tej witryny.

EU Cookie Directive Module Information